Waldemar Legień - dwukrotny mistrz olimpijski, jeden z najwybitniejszych polskich sportowców wszech wczasów. W szczerym wywiadzie opowiedział nam o swoim wnuczkach - bliźniaczkach, o zawale serca, jaki przeszedł i o powrocie do rodzinnego Bytomia.
9 czerwca w Gdyni odbędzie się oficjalna uroczystość uhonorowania Waldemara Legienia 9 danem. To jeden z dwóch najwyższych stopni w judo, uprawniający do noszenia czerwonego pasa. 9 dan został nadany dwukrotnemu mistrzowi olimpijskiemu przez Polski Związek Judo w grudniu ubiegłego roku.
W elitarnym gronie
Tym samym Legień znalazł się w gronie zaledwie 3 polskich judoków, którzy otrzymali prawo do noszenia czerwonego pasa: 9 dan oprócz bytomianina posiada jeszcze pierwszy polski medalista olimpijski w judo Antoni Zajkowski (srebrny medal na Igrzyskach w Monachium w roku 1972), natomiast najwyższy 10 dan miał zmarły w 2020 roku Ryszard Zieniawa. Dlaczego w Gdyni? - Jestem związany z Trójmiastem, studiowałem w Gdańsku na Akademii Wychowania Fizycznego, mam tam wielu przyjaciół - mówi Waldemar Legień. - Niestety, w Bytomiu jakoś nie było zainteresowania, żeby zorganizować taką uroczystość.
Po zdobyciu drugiego mistrzostwa olimpijskiego Waldemar Legień wyjechał do Francji, gdzie przez ponad 30 lat pracował jako trener. Teraz jest już... emerytem. Formalnie przeszedł na nią w ubiegłym roku (we Francji miał do tego prawo w wieku 62 lat), ale nie była to jedyna zmiana w życiu mistrza. Ważniejsza jest taka, że został dziadkiem - i to podwójnym. Jego synowi Przemkowi urodziły się bliźniaczki: Ella i Charlie. - Charlie to po polsku Karolcia - dodaje Beata Legień, żona mistrza.
Francuska ścieżka
Kiedy Legieniowie wyjeżdżali z Bytomia ich starszy syn Michał miał 3,5 roku. Młodszy - Przemek urodził się już we Francji. Dzisiaj Przemysław mieszka z żoną i córeczkami we Francji. - Wnuczki mówią po polsku - zaznacza z dumą Waldemar Legień, a Michał pracuje w Warszawie, w centrali francuskiego banku. Michał Legień zarejestrował niedawno Fundację Sportowe Serce z siedzibą w Bytomiu i wraz z ojcem ma plany na jej działalność.
Emerytura to dla Waldemara i Beaty Legieniów czas powrotu do Bytomia - do tej pory przyjeżdżali tutaj tylko na wakacje. Teraz spędzają w naszym mieście większość czasu, powoli remontując dom, jaki odziedziczyli po rodzicach Beaty. - Przeprowadziłam się po trzydziestu latach z Paryża do Bytomia i teraz uczę się polskiej rzeczywistości na nowo, trochę jak tego kodu: powoli, z uważnością, szukając sensu między liniami - mówi Beata Legień.
Wiele prac remontowych wykonuje sam mistrz olimpijski, a w ogrodzie zamieszkały ich dwa psy - imponujące długowłose owczarki niemieckie. Sara ma 9 lat, Matylda rok. Waldemar Legień chodzi z nimi na długie spacery i jak wspomina - z Sarą odbywał swoistą dogoterapię w czasie rehabilitacji po zawale serca.
Kłopoty z sercem
Był rok 2017. - Byłem w Warszawie u mego syna Michała - wspomina Waldemar Legień. - Akurat w telewizji podano wiadomość o zamachu terrorystycznym w Paryżu. Poczułem ból w klatce piersiowej, zażyłem tabletkę. Minęło pół godziny, ból nie minął, lecz się nasilał. Wcześniej mój szwagier, Marian Donat, miał zawał przechodzony zawał serca, znałem objawy, więc poprosiłem syna, żeby wezwał karetkę.
Kiedy przyjechali ratownicy z pogotowia, wykonali badanie EKG i nie było wątpliwości. Legień trafił do szpitala MSWiA, gdzie wykonano koronografię. Rehabilitację nasz mistrz olimpijski odbywał już we Francji, w specjalistycznym ośrodku, ale była też dogoterapia, czyli 8-kilometrowe marszobiegi z Sarą. - Mój lekarz powiedział, że przy takim zawale, jakim miałem zazwyczaj "umiera" 30 procent serca - wspomina Waldemar Legień. - A potem dodał, że jako sportowiec miałem 130 procent wydolności serca, więc powinienem wrócić do pełnej sprawności. Oczywiście "pamiątką" po zawale są przyjmowane leki i konieczność regularnych badań.
W czasie rehabilitacji nie zabrakło humorystycznych momentów. - Lekarz napisał w zaleceniach, że mogę pracować 50 procent czasu, jaki pracowałem przed zawałem i że w pracy... powinienem mieć w pobliżu krzesło, gdybym poczuł się słabiej - wspomina Legień. Prezes klubu tak się tym przejął, że kazał postawić na tatami, na którym prowadziłem treningi fotel. Więc go pytam: a jeśli poczuję się słabo po drugiej stronie? Mam iść 30 metrów do fotela? Mogę przecież usiąść na macie.
Stare samochody i joga
Waldemar Legień ma swoje pozasportowe pasje. Lubi stare samochody, dlatego jeździ 26-letnim volvo. Kłopoty z tym autem mam tylko w Paryżu, bo z powodu proekologicznych przepisów mogę nim wyjechać na ulicę tylko od godz. 20 do 6 oraz w weekendy - mówi Legień. I najnowsza aktywność: zajęcia jogi prowadzone przez Bożenę Miksę w Teatrze Rozbark. Znalazła je żona mistrza - Beata. - Poszedłem, bo chciałem wspomagać żonę, żeby się nie zdemobilizowała - opowiada Waldemar Legień. Myślę sobie: będę się nudził, tymczasem okazało się, że to świetna sprawa, nawet dla człowieka, który trenował sport wyczynowy przez całe życie.
Emerytura dwukrotnego mistrza olimpijskiego jest aktywna. - Jestem zapraszany na obozy i konsultacje, zarówno w Polsce jak i w całej Europie - mówi Waldemar Legień. - Tych zaproszeń jest tak dużo, że nie ze wszystkich mogę skorzystać, ale jeśli mogę staram się dzielić swoim doświadczeniem. Dzisiaj zauważam wiele dziwnych rzeczy w szkoleniu dzieci i młodzieży, wielu trenerów i rodziców chce iść na skróty. Ja zawsze staram się przekazać swoją wiedzę: że w judo liczy się cierpliwość i konsekwencja, to nie jest sport, w którym sukces osiąga się natychmiast.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu zyciebytomskie.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz