Halinę Abramowicz nazywano bytomską Marylin Monroe.
Swoją przygodę aktorską zaczynała w bytomskim klubie Pyrlik. W stanie wojennym wyjechała na drugi koniec świata - do Australii. I tam z powodzeniem występowała w filmach, serialach i w teatrach.
Halina Abramowicz dzieciństwo spędziła w miejscu, gdzie - jak sama mówi - "wszyscy byli piękni, pięknie tańczyli i pięknie śpiewali". Jej rodzice byli artystami mającego siedzibę w Koszęcinie Zespołu Pieśni i Tańca Śląsk. A potem została bytomianką - tutaj jej rodzina otrzymała mieszkanie: najpierw w Szombierkach, potem w Miechowicach. Ukończyła III Liceum Ogólnokształcące w Bobrku, czyli słynne bytomskie Cambridge. Po maturze trafiła do Klubu Pyrlik - tam razem z kilkoma koleżankami stworzyła Teatr ID. Oprócz niej w zespole występowały: Joanna Lesiewicz, Iwona Małota i Ewa Matysek.
Na początku był Pyrlik
Dawni pyrlikowicze pamiętają tę grupę do dziś - także ze względu na urodę młodych artystek. To wtedy Halinę Abramowicz zaczęto nazywać bytomską Marylin Monroe. - Nie było moją ambicją, żeby być kimś innym - mówi Abramowicz. - Po prostu wszyscy uważali, że jestem podobna do tej aktorki.
Na warsztatach teatralnych w Raciborzu spotkała zawodowych śląskich aktorów. Od nich się dowiedziała, że w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu poszukują adeptów, czyli młodych ludzi, którzy jeszcze nie mają wykształcenia aktorskiego, ale właśnie w teatrze uczą się tego zawodu, zaczynając od małych ról. Zgłosiła się i została przyjęta. Dyrektor Teatru Zagłębia Jan Klemens właśnie przygotowywał "Kram z piosenkami" Leona Schillera. Wychowana wśród artystów Śląska Abramowicz od dziecka umiała tańczyć i śpiewać, więc "z marszu" dostała kilka solówek w tym widowisku. Potem zagrała jeszcze Lucy Brown w "Operze za trzy grosze" Brechta.
Żeby rozwijać umiejętności, podjęła studia na Wydziale Aktorskim wrocławskiej filii Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Przyszły pierwsze sukcesy. W prowadzonym wówczas przez Marię Koterbską w TVP1 Studiu Debiutów zajęła pierwsze miejsce. Zagrała też epizodyczną rolę w "Przypadku" Krzysztofa Kieślowskiego - niestety ta scena ostatecznie nie weszła do filmu. Być może kariera w Polsce stała przed nią otworem, ale... jesienią 1981 roku Halina Abramowicz wraz z mężem wyjechała do Holandii. Ostatnim dniem ich pobytu na Zachodzie miał być 13 grudnia. Tyle, że w tym dniu Jaruzelski "wyłączył" nie tylko Teleranek, ale też i nadzieje wielu milionów Polaków. Zdecydowali się zostać na Zachodzie.
Na drugi koniec świata
Po kilku miesiącach otrzymali wizę osiedleńczą na drugi koniec świata - do Australii. Zdecydowali się na wyjazd, bo słyszeli że tam jest łatwiej urządzić się niż w Niemczech. To nie była łatwa decyzja. - W Polsce uczyłam się angielskiego, ale jakoś bez entuzjazmu - wspomina Halina Abramowicz. - Ale Szombierkach miałam świetnego profesora, więc sporo zapamiętałam. A w Australii pomógł mi dobry słuch i szybko "załapałam" język.
Początki życia w Australii nie były słodkie, bo akurat wtedy do tego kraju przyjechała spora fala emigrantów z Europy Wschodniej, w tym z Polski. Ale już po 6 miesiącach pobytu Abramowicz dostała pierwszą rolę w... reklamie. - Pamiętam, że dostałam za nią 4 tysiące dolarów i to były wtedy dla mnie duże pieniądze - mówi.
Postanowiła pracować w zawodzie, choć nie było to takie proste. - Praca aktora w Australii to ciągła niepewność: czy znajdzie pracę, czy dostanie się kolejny kontrakt w teatrze albo rolę w filmie - mówi Halina Abramowicz. - A i tak ci, którzy mają pracę i tak zarabiają mniej niż winnych anglojęzycznych krajach. Dlatego wielu aktorów wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych, żeby tam próbować robić karierę. Ja nie mogłam wyjechać do Ameryki, bo... dopiero co przyjechałam do Australii.
W filmie i teatrze
Mimo to dość szybko odnalazła się na tamtejszym rynku grała - w serialach, w teatrze, wreszcie - w filmach kinowych. Chciała kontynuować naukę aktorstwa, ale usłyszała: - Jaka szkoła teatralna? Przecież studiowałaś rok, dwa lata pracowałaś w teatrze, więc już jesteś wykształconą aktorką. U nas liczy się talent, a nie ukończone szkoły. W 1985 roku zagrała w "Displaced Persons". To był film telewizyjny, opowiadający o grupie uchodźców z Europy, którzy po II wojnie światowej trafili do Australii i zostali poddani kwarantannie.
Kolejna ważna rola to "Fragments of War" (1988) - film, którego bohaterem jest Damien Parer - australijski fotoreporter wojenny, który w 1944 roku zginął ostrzelany z broni maszynowej przez Japończyków. W dwóch filmach: z 1987 i 2010 roku zagrała rolę Mrs. Petrov, czyli żony Władimira Pietrowa - sowieckiego dyplomaty i szpiega, który w 1954 roku poprosił w Australii o azyl polityczny. To była głośna w tym kraju sprawa. Na planie tego filmu musiała wypowiedzieć kilka zdań po rosyjsku i wówczas usłyszała od jednego z członków ekipy komplement: Jak na australijską dziewczynę, świetnie mówisz po rosyjsku.
Radości nauczył ją Śląsk
Halina Abramowicz od początku mieszka w Sydney. Żeby nie być uzależnioną od ciągłych starań o nowe role - założyła studium teatralno-aktorskie prowadzące zajęcia dla młodzieży. Dla jego uczestników sama pisała sztuki i reżyserowała je. Jej wychowankowie dostawali się do wyższej szkoły teatralnej, więc nie miała kłopotów z naborem. W Australii mieszka znacznie więcej niż połowę swego życia. A jednak podkreśla: - Radości życia nauczył mnie zespół Śląsk i Koszęcin.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu zyciebytomskie.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz